Do eksplozji doszło kilka minut po 12 w czwartek (8.10). Stojący przy głównej drodze murowany dom z podpiwniczeniem i strychem (typowa kostka z przełomu lat 70-tych o 80-tych XX wieku) dosłownie rozpadł się jak domek z kart. Ani jedna ściana nie oparła się sile wybuchu. - Mój dom zatrząsł się w posadach, to szczęście, że impet poszedł w drugą stronę – opowiada mieszkający po drugiej stronie drogi Andrzej Mroczek. – Do sąsiadów mieszkających obok poleciały fragmenty cegieł i okno...
Rzeczywiście – położony jakieś 50 metrów w bok nowy dom trochę ucierpiał – elementy domu zniszczyły m.in. siatkę oraz elewację domu.
- To było potworne, jaka to wielka siła musiała być – mówi SE właściciel i wskazuje palcem na dach: widać w nim...wbitą głęboko wędkę! – To mogło w kogoś trafić...
Szybko na miejscu zjawili się strażacy z komendy Państwowej Straży Pożarnej z odległego o kilka kilometrów Parczewa oraz druhowie OSP. - Pierwsze działania strażaków polegały na ugaszeniu zarzewi ognia oraz rozpoczęciu odgruzowywania i przeszukiwaniu miejsca zdarzenia. Na miejsce wezwano Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego oraz pracowników PGE w celu odłączenia przyłącza elektrycznego – relacjonowali strażacy.
Po południu, ok. 17-tej z rumowiska wyciągnięto ciało Aleksandra Sz.. Jego charakterystyczną postać znali wszyscy we wsi: szczupły, ubrany w... kamizelkę, kapelusz z szerokim rondem i rękawiczki. Często jeździł na rowerze po wsi, nawet jak już nie mieszkał w tym domu. Nie mieszkał w nim przez kilka lat, gdyż po alkoholu stawał się człowiekiem bardzo agresywnym i w pewnym momencie zaczął znęcać się nad rodziną. Dostał nawet za to wyrok w zawieszeniu, kuratora i zakaz zbliżania się do żony – potwierdzają to policjanci, z którymi rozmawialiśmy nieoficjalnie.
Mieszkał wtedy na stancji w Parczewie – jako emerytowany kolejarz dostawał nie najgorszą emeryturę. W lipcu tego roku dostał szansę, zaczął pomieszkiwać w domu. Niestety, koszmar żony i syna szybko zaczął się na nowo. Interweniowała policja, została założona niebieska karta, a Aleksander Sz. dostał kolejny zakaz zbliżania się do posesji. Feralnego dnia jego mieszkańcy pojechali do sądu w Radzyniu Podlaskim, wtedy w domu pojawił się mężczyzna.
Czytaj też: Tragiczna śmierć ukochanej pielęgniarki. Pani Monika niedawno świętowała 40-lecie pracy
- Odgrażał się im, że nie będą mieli już nic – opowiada jeden z sąsiadów. Po niedługiej chwili po jego wejściu do domu doszło do eksplozji.
Dokładne okoliczności, w jakich doszło do tragedii wyjaśni śledztwo.