Zbrodnia, która na zawsze zmieniła wieś na Lubelszczyźnie
Zadbana wieś położona pośród pagórkowatej okolicy między Izbicą, a Gorzkowem. Wiele zadbanych domów leży na wzniesieniu, w oddaleniu od drogi. Ten, w którym doszło do krwawej tragedii to zbudowana z szarych pustaków "kamienica", jak miejscowi nazywają piętrowe klocki stawiane w latach siedemdziesiątych. Droga na podwórko zarosła dziś trawą.
- Nikt tam już nie mieszka, nikogo tam nigdy potem nie było. Córki nie pojawiają się tutaj, a Przemek, który z nimi mieszkał, zniknął - mówi "Super Expressowi" starsza mieszkanka wsi. Doskonale pamięta przerażenie, jakie zapanowało na wsi, kiedy w położonej w podpiwniczeniu letniej kuchni odkryto zwłoki trzech osób. - Przez kilka dni siedziałam wystraszona w domu, aż go złapali - przypomina sobie kobieta, jakby to było wczoraj. A minęło już tyle czasu - do zbrodni doszło w połowie lipca 2017 roku.
Krzysztof C. od dawna był zmorą rodziny, a także okolicy. - To bandyta, z oczu mu wściekle patrzyło - wspominali wtedy ludzie. Potężny - prawie 2 metry wzrostu i ponad 130 kg wagi. W więzieniu spędził 4 lata za pobicia, groźby karalne i znęcanie się nad rodziną. Wyszedł kilka tygodni przed popełnieniem zbrodni. Wyrok odsiedział „od deski do deski“, bo nie zasłużył na wcześniejsze zwolnienie. - Właściwie nie trzeźwiał od momentu, kiedy wyszedł z celi. Ludzie schodzili mu z drogi, bo głupi z natury, po alkoholu głupiał jeszcze bardziej - opowiada mieszkanka wsi.
O małżeństwie C. nie wiadomo zbyt wiele. Jolanta, historyczka po uniwersytecie, pracowała w szkole jako nauczycielka. Janusz był lakiernikiem. Nie pracował już w zawodzie. Sprowadzili się kilka lat wcześniej. - Stanisław przepisał na nich gospodarkę i dom. Dobrzy ludzie. Tylko ten ich syn, k***a mać - wspominają miejscowi.
Krzysztof C. precyzyjnie zaplanował zabójstwo bliskich
Jak ustalili śledczy, Krzysztof C. wszystko dokładnie zaplanował. Miał żal do rodziców, że trafił do więzienia i do wujka, że do wszystkiego się wtrąca. W jego głowie powstało przekonanie, że ojciec chce go zgładzić, więc on uprzedzi jego ruchy. Siedział z siekierą w ręce i czekał na swoje ofiary. Zabijał je po kolei.
- Ciała były poukładane na podłodze, jedno przy drugim i przysypane białym proszkiem oraz przykryte plandeką, a na to wszystko był położony styropian - relacjonowali policjanci z Krasnegostawu. Ofiary miały pogruchotane czaszki, zmasakrowane twarze, obrażenia zadane zostały z ogromną siłą obuchem siekiery.
Krzysztof C. ukradł 5 tys. zł i uciekł. Noc spędził na cmentarzu, potem busem pojechał do Lublina. Tam wsiadł w pociąg do Warszawy. Jednemu z pasażerów opowiedział ze szczegółami, co zrobił. Mężczyzna nie uwierzył w te makabryczne przechwałki. W międzyczasie w Piaskach odkryto zbrodnię i cała Polska szukała mordercy. Na wiejskiej, asfaltowej drodze zaroiło się od policji. Poprzedniego dnia wieczorem do komendy w odległym o kilkanaście kilometrów Krasnymstawie zadzwoniła kobieta, która nie mogła dodzwonić się do rodziny. Telefony Jolanty, jej męża Janusza i wuja Stanisława milczały.
Krzysztof C. wpadł w Warszawie. Pijany, nie uciekał. Dał się spokojnie zakuć w kajdanki. Przyznał się i z wyjątkową przyjemnością opowiadał śledczym o swoich bestialskich czynach. W styczniu 2018 r. biegli psychiatrzy uznali, że morderca w chwili popełnienia zbrodni był niepoczytalny i jako taki, nie może być sądzony za to co zrobił. - Cierpi na przewlekłe psychotyczne zaburzenia psychiczne o obrazie schizofrenii urojeniowej. Zaburzenia te motywowały i warunkowały dokonanie przez Krzysztofa C. zarzucanych mu czynów - orzekli biegli psychiatrzy.
Sprawca przebywa w zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego. Niewykluczone, że przyjdzie mu tam dożyć swych dni. Mieszkańcy Piasków Szlacheckich nie wyobrażają sobie, by mógł wrócić.