Tragedia, która wstrząsnęła całą wsią
Chora psychicznie córka zamordowała swoją wiekową matkę - to tragedia z gatunku tych, po których nawet sąsiadom trudno się pozbierać. Mieszkańcy położonego na Lubelszczyźnie Wandzina są w szoku, lubili Krystynę M. (+86 l.) i jej córkę Danutę (63 l.) mimo jej choroby. Ale sąsiedzi nie byli z nimi na co dzień, wreszcie nie znaleźli potwornie okaleczonego ciała kobiety, zrobił to jej syn Jerzy (61 l.), który mieszkał w tym samym domu.
- Boję się zamknąć oczy, bo wtedy wciąż to widzę. Zostałem na tym świecie sam z moim psem Krecikiem - płacze mężczyzna.
Wieś Wandzin graniczy z Bychawą, właściwie jest częścią niewielkiego miasteczka położonego nie dalej niż pół godziny jazdy od centrum Lublina. Nigdy nic takiego tu nie miało miejsca.
- Trudno sobie znaleźć kąt po tym wszystkim. Szkoda ich obydwu - mówi sąsiadka, starając się pracą w ogródku stępić smutek w głowie.
W pobliskiej Bychawie jest kościół, supermarket i szpital, w którym stacjonuje karetka pogotowia. Ta sama, która feralnego dnia, w czwartek rano (2 kwietnia) wyjechała na sygnale do Wandzina. Niestety, ratownicy nic już nie mogli zrobić. Na podwórzu pod domem, w kałuży krwi rozlanej na trawie leżała kobieta z roztrzaskaną czaszką.
- Kobiety nie udało się uratować. Miała na głowie ranę zadaną tępokrawędzistym narzędziem - informuje podinsp. Kamil Gołębiowski z KMP w Lublinie.
Polecany artykuł:
Córka 86-latki zmagała się z problemami natury psychicznej
Mundurowi zastali na miejscu dzieci kobiety, Jerzego i Danutę. To syn zmarłej zawiadomił policję, kiedy wracając do domu natknął się na ciało matki. Mieszkali we troje w tym samym budynku, ale mężczyzna miał osobne wejście. Żyli zgodnie, bez kłótni.
- Normalni ludzie, pani Krystyna była bardzo religijna - mówią zgodnie mieszkańcy Wandzina. Trudno im uwierzyć. A co dopiero synowi, który stracił matkę? Pan Jerzy nie zapomni tego widoku do końca życia.
- W domu było pełno krwi, a mama leżała na dworze - wstrząśnięty i zapłakany opowiada dziennikarzowi SE o tym, co widział.
Podejrzenia o matkobójstwo padły na Danutę M., która miała ciężkim zegarem w kształcie słonia uderzyć swą mamę w głowę, a potem wynieść ją na dwór. Danuta M. , kiedyś mężatka i pracująca w miasteczku w pewnym momencie podupadła na zdrowiu psychicznym. Aby funkcjonować, musiała brać leki i stale być pod kontrolą lekarza. Ostatnio tak nie było. Podobno pokłóciła się z matką i chciała zrobić jej na złość.
- Siostra przestała brać leki. Dziwnie się zachowywała. Mówi: zobacz, za mną stoją diabły, a tam za nią nikogo nie było....- opowiada Jerzyk, jak mówią do niego sąsiedzi.
Jerzyk, który za młodości służył w pułku lotniczym w Dęblinie nie założył rodziny, pracował dorywczo, a o to, żeby miał co zjeść ciepłego i ubrać się w świeże ciuchy dbała mama Krystyna.
- A teraz zostaliśmy sami na świecie, ja i mój Krecik. On mi tylko został - mówi głaszcząc po głowie niedużego, starego kundelka. - Naprawdę, nie wiem, co będzie z nami.Danuta M. trafiła bezpośrednio do szpitala psychiatrycznego.