Mordercy są już w areszcie, grozi im dożywocie. Już wcześniej znani byli stróżom prawa, "stara recydywa", mówi się o takich. Na ul. Narutowicza w centrum Chełma pojawili się przypadkowo. Słyszeli, że w kamienicy pod numerem 14 jest "meta", gdzie można się ogrzać i posiedzieć w spokoju. Bezceremonialnie weszli do domu na pierwszym piętrze, gdzie pomieszkiwali już Artur ze Staszkiem. - Spokojne chłopaki, nikomu nie wadzili. Zbierali złom i butelki, czasami ktoś ich wziął do pracy - opowiada znajomy.
Trójka bandytów wkroczyła do nich jak do siebie. Owszem, początkowo próbowali zachować pozory, stawiając na stole butelkę wódki. Artur N. miał słabą głowę, napił się wcześniej piwa i mieszanina z mocnym alkoholem sprawiła, że usnął przy stole. "Goście" potraktowali to jako zniewagę. Rzucili się na niego z pięściami, bijąc po głowie tak mocno, że mężczyzna tego nie przeżył. Stanisław J. próbował stanąć w obronie kumpla. Rozjuszeni napastnicy jego też katowali, dopóki nie stracił przytomności. Wiedzieli, co zrobili. Uznali, że muszą jakoś zatrzeć ślady.
Zerwali firanki z okien, pościągali narzuty z łóżek, które położyli przy ciałach. Podpalili. Uciekli. Ktoś poinformował straż pożarną, strażacy zdołali ugasić szybko ogień. W trakcie akcji gaśniczej strażacy ujawnili nadpalone zwłoki 42-letniego mężczyzny. W ciężkim stanie do szpitala trafił również znajdujący się w tym mieszkaniu 66-latek, który pomimo udzielanej pomocy medycznej zmarł na skutek doznanych obrażeń. - Policjanci nie dawali wiary, że do pożaru doszło w sposób przypadkowy, ich ustalenia pozwoliły na odtworzenie przebiegu zdarzenia - opowiada nadkom. Ewa Czyż z policji w Chełmie.
Szybko wpadli na trop zabójców. Cała trójka trafiła do aresztu. Grozi im dożywocie.
