Lekarze nie dawali mu szans. Kuba i jego mama pokazują, czym jest prawdziwa walka

2026-01-06 9:15

Wojownik, który się nie poddaje - tak o Kubie Bernaciku (19 l.) z Chełma powiedziała już kilka lat temu jego mama Anna (47 l.) (zresztą o niej także nie można powiedzieć inaczej, jak tylko Wojowniczka) ciągle pokazuje, jak dobrze to do niego pasuje. Kilka lat temu bawił się na podwórku z kolegami w komandosów, mieli powiesić go na niby, a niechcący zrobili to naprawdę! Lekarze rozkładali ręce, miał umrzeć szybko bądź do końca swych dni wegetować...

  • Kuba Bernacik (19 l.) z Chełma jako 12-latek uległ tragicznemu wypadkowi podczas zabawy z rówieśnikami
  • Doszło do ciężkiego niedotlenienia organizmu, lekarze mówili o śmierci lub stanie wegetatywnym
  • Chłopak trafił na OIOM, a potem na długą hospitalizację neurologiczną
  • Jego mama Anna od początku walczyła o każdy, nawet najmniejszy postęp
  • Po latach intensywnej rehabilitacji Kuba zaczął mówić, chodzić i wykonywać codzienne czynności
  • Przełomowym momentem było samodzielne przygotowanie jajecznicy dla mamy
  • Na co dzień uczy się samodzielności w Akademii Umiejętności Małego Księcia w Chełmie
  • Rehabilitacja jest kosztowna i możliwa dzięki wsparciu darczyńców

Jajecznica to chyba był taki ważny moment w życiu chłopaka. - Kuba bardzo chce wrócić do normalności - mówi mama Ania. Obiecał jej kiedyś, że jeszcze zrobi taką jajecznicę, kiedy był zdrowy. Z parówkami... Rok temu, w grudniu, po prostu wszedł do kuchni i po prostu wziął się za gotowanie. Masło, jajka, drewniana łyżka w dłoni. Tylko po jego skupionej minie widać był, ile kosztowało go to sił, żeby niewładna jeszcze ręka posłuchała dokładnie tego, co chce zrobić głowa. To jest wielkie, to się udało. Kuba Wojownik stoczył kolejną walkę. Wygraną walkę, żeby zrobić mamie jajecznicę! - Nigdy nie była taka pyszna - wspomina pani Ania.

Ale to już było. I jest, tyle że lepiej, mocniej, śmielej. Pani Anna, której ulubione powiedzenie brzmi: "rzuć mnie wilkom na pożarcie, a wrócę dowodząc watahą" mówi krótko: - Nie możemy stanąć w miejscu, bo zaczniemy się cofać. Oboje są gotowi na nowe wyzwania. Za nimi już przygotowywanie świątecznych potraw.

- Najbardziej to lubię właśnie śledzie - mówi pytany o ulubioną potrawę. - A także bigos, wędliny, mięso... - zaczyna wymieniać jedno po drugim i już wiadomo, że pan Jakub jest wielkim entuzjastą stołu. Na co dzień nie ma z tym już problemu, potrafi sobie odgrzać obiad albo zrobić kanapkę. Po prostu otwiera lodówkę, bierze potrzebne produkty...

- I korzysta z tego nader często. Aż mówię: Kuba, to nie lustro, nie musisz zaglądać tam tak często - śmieje się mama Ania, Kuba z uśmiechem kiwa głową: tak, to rzeczywiście zdarza się bardzo często...

Ci, którzy go znają od kilku lat (tak jak np. Autor tego materiału) patrzą na niego z podziwem: ależ się ten młody mężczyzna zmienia! Kuba, któremu początkowo nikt nie dawał szansy nawet na życie w stanie wegetatywnym, a potem na powiedzenie nawet najprostszych słów i zrozumienie, co się wokół niego dzieje, teraz dowcipkuje sobie z szelmowskim uśmiechem, opowiada o planach, marzeniach. Oczywiście nie jest tak różowo: i słowa i ruchy sprawiają mu trudność, ale on walczy. Jak komandos. Jak żołnierz sił specjalnych, o których wiele czytał w czasach przed tą chwilą, kiedy los tak okrutnie go potraktował. Siedem lat temu życie Kuby wyglądało inaczej. Trenował zapasy, grał w piłkę, bardzo ładnie rysował. Był pogodnym, dobrym dzieckiem. 28 sierpnia 2018 roku szykował się już do szkoły, ale oczywiście chciał też wykorzystać ostatnie chwile wakacji na zabawę z kolegami.

Lekarze nie dawali mu szans. 19-letni Kuba i jego mama pokazują, czym jest prawdziwa walka

i

Autor: Mucha Mariusz / Super Express

Do nieszczęścia doszło niedaleko domu, gdzie mieszkał z mamą i młodszym bratem. To miała być super fajna zabawa w komandosów, z gatunku tych, jakie można przeżyć gdy się ma 12 lat. - Kiedy usłyszałam, że coś stało się z Kubą, od razu tam pobiegłam. Zobaczyłam sąsiada reanimującego mojego syna. Wezwali go przerażeni chłopcy, którzy w czasie zabawy przywiązali go liną do ogrodzenia. Coś poszło nie tak - ten obraz pani Anna widzi bardzo często, choć stara się nie pamiętać i szybko wyrzucić go z głowy. Nieprzytomny trafił na OIOM. Nie było dobrze, a czas nie działał na jego korzyść. Potworne niedotlenienie wyłączało po kolei organy ciała, lekarze jęli chodzić koło matki szykując się do ciężkiej rozmowy.

- Powiedzieli mi, że mam szykować się na śmierć syna - wspomina i szybko dodaje, że ich po prostu... nie słuchała. Jakby mówili do kogoś stojącego za nią, pomyślała sobie wtedy nawet, że ten to ma przechlapane...

I nie brała na całkowicie poważnie tych słów także później: że jest ciężko i może nie być lepiej. Owszem, kiedy przyszła z klapkami i plecakiem, żeby zabrać Kubę do domu, a dowiedziała się, że czeka go jeszcze bardzo długi pobyt na neurologii i do końca życia będzie „warzywem“, to świat zawirował. Ale tylko na chwilę. Sama nie wie, skąd wzięło się w niej tyle siły i determinacji, żeby walczyć o syna. Niczym dowódca oddziału zrzuconego gdzieś w otchłań dżungli czuła, że musi znaleźć drogę. Jeszcze w szpitalu doprowadziła do tego, że Kuba zaczął łykać pokarmy i stanął na nogi.

- Kiedy lekarze mówili, że czas go posadzić na łóżku, my już w tajemnicy wstawaliśmy na chwilkę - uśmiecha się cwaniacko. Kuba nawet śmieje się na to wspomnienie, bo wtedy stanowili już zgrany team. - Obiecałam mu, że jak będzie łykał papki, to pojedziemy wózkiem na frytki.

Chyba nie trzeba dodawać, że Kuba jadł frytki dość często...

Walczą tak razem już ponad 7 lat. Dzięki temu, że pani Anna dwoi się i troi, organizuje zbiórki, licytacje (jej popisowy numer to wygrywanie licytacji charytatywnej i puszczanie fantu dalej, takie pomaganie komuś, żeby pomóc sobie), chłopak przeszedł długa drogę. - Gdyby nie darczyńcy, nie byłoby nas - mówi dzielna mama. Koszty miesięcznej rehabilitacji liczone są w tysiącach złotych. - Dziękujemy wszystkim za każde wsparcie.

Ale żaden darczyńca, choćby najhojniejszy nie sprawi, żeby Kubie się chciało. A jemu chce się samemu z siebie. Zmienia się codziennie chłopak, właściwie młody mężczyzna. W Akademii Umiejętności Małego Księcia w Chełmie uczy się codziennych rzeczy, dużo poznaje. I codziennie chce więcej. Bo jego uśpiona głowa budzi się coraz bardziej.

Mikołaje w Lublinie

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki