Zbigniew zabił żonę, syna i teściową. Policjanci opisują szczegóły makabry. "Krew była wszędzie, ich głowy…"

2026-04-26 5:00

Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę winny - Zbigniew J. (63 l.) powtarzał to najpierw śledczym, potem przed obliczem sądów. Jakby jego spokój i beznamiętne spojrzenie miały zdyskredytować fakty i ustalenia śledztwa, które porażają - w rodzinnym domu w Dęblinie (woj. lubelskie) zmasakrował obuchem siekiery żonę Halinę (+47 l.), syna Karola (+15 l.) i teściową Wacławę (+89 l.). Zbrodnię chciał ukryć wysadzając miejsce zbrodni w powietrze. Ten plan - dosłownie i w przenośni - nie wypalił.

Kilkunastotysięczny Dęblin może się podobać - czyste ulice, rabaty pełne kwiatów i setki rowerów, którymi poruszają się mieszkańcy przywodzą na myśl Niderlandy. Małżeństwo J. mieszkało w domu przy u. Polnej od lat osiemdziesiątych - Zbigniew J. wprowadził się tam do żony Haliny i jej mamy. Doczekali się trójki dzieci. - Kiedy córki dorosły, najmłodszy Karolek stał się dla ojca całym światem – wspominała sąsiadka.

"Krew była wszędzie"

W 2009 r. ten dom z czerwonej cegły był na czołówkach mediów w Polsce. W nocy z 2 na 3 listopada życie straciły tam trzy osoby zabite obuchem siekiery. - Krew była wszędzie, ich głowy… Trudno to opisać... Zmiażdżone całkiem - opisywał wtedy człowiek związany ze śledztwem. Alarm podniósł Zbigniew J. Był cywilnym pracownikiem pobliskiej jednostki wojskowej. Jak mówił policji, wyszedł z domu o godz. 7 rano, a kiedy wrócił, znalazł w środku zwłoki.

W śledztwie ustalono, że najpierw zabił żonę. Ich małżeństwo się wypaliło, od kilku miesięcy Halina J. wspominała o rozwodzie. Miała dość zaborczego i zazdrosnego męża. Zbigniew J. nie potrafił zaakceptować, że ona, zgrabna brunetka, kobieta z klasą, rozkwita po czterdziestce, chce podobać się sobie i światu. Być może feralnej nocy pokłócili się o to i rozwód stał się realny. Musiałby spakować manatki, szukać szczęścia gdzie indziej.

I stało się to, co się stało. Jej zakrwawione ciało leżało w sypialni. Zanim ją zabił, okleił taśmą usta i nogi – na taśmie zostały jego ślady zapachowe, będące potem dowodem w sprawie. Zadał jej siedem ciosów w głowę. Zostawił na łóżku. Pozostali mogli zginąć, bo usłyszeli, co się dzieje. Ciało syna z rozpłataną głową leżało na korytarzu. Dostał dwa ciosy, teściowa zaś dziewięć.

Zapomniał włączyć gaz

Potem usuwał ślady. Zszedł do piwnicy, aby przeciąć przewód gazowy. - Był w miejscu niewidocznym, za piecem. Musiał to zrobić ktoś, kto znał rozkład pomieszczenia – argumentowali śledczy zbijając tezę Zbigniewa J. o mordercy, który przyszedł z zewnątrz.

Potem w co najmniej 9 miejscach domu rozlał łatwopalną ciecz i zapalił świeczki. Rano wyszedł do pracy, zachowywał się tam jak zwykle. Wracając do domu, zrobił zakupy. Zapomniał jedynie... rano włączyć gaz. Myślał, że gdy wróci do domu, będzie mógł zagrać zrozpaczoną głowę rodziny, która straciła w wybuchu bliskich. Ulatniający się gaz w połączeniu z płomieniem świec miał doprowadzić do eksplozji. Na szczęście nie udało mu się to przez zapomnienie - Pomieszczenia były tylko zadymione, spaliły się firanki w pokoju chłopca – opisywali policjanci.

Z zazdrości zabił żonę, nie oszczędził też syna i teściowej

i

Autor: Mariusz Mucha/Super Express

- Nie przyznaję się - powtarzał od początku śledztwa. Śledczym i policyjnym biegłym włos jeżył się na głowie, kiedy słuchali jego spokojnego tonu, lakonicznych wypowiedzi, w których jakby wcielał się w rolę zabójcy. Mówił, jak to mogło być… - Pierwszy musiał zginąć syn, potem teściowa i żona - tłumaczył, opisując, które z ciał, według niego, było najsztywniejsze. Od razu podsunął policji trop - zbrodni miał dokonać sąsiad, który odsiedział kilkanaście lat za gwałt. Rano, gdy wszyscy byli w piżamach. Syn i teściowa zginęli, bo nakryli go w sypialni żony. Ale śledztwo wykazało, że nikt nie wchodził do domu przez cały dzień. Wokół kręcili się ludzie, robotnicy naprawiający rury wodociągowe i remontujący dom po sąsiedzku, niczego nie widzieli.

Czytaj też: Matka udusiła 8-letniego Oskarka. Podała mu atropinę, przyłożyła kocyk do buzi. Zginął w 5 minut

Nie przyznał się do winy

Zbigniew J. konsekwentnie nie przyznawał się do winy. Opanowany, rzeczowy i wyzuty z uczuć. - Ja w ogóle nie płaczę - mówił śledczym. W sądzie odmówił składania wyjaśnień. Spokojnie słuchał zeznań, jakie składał wcześniej. Nie drgnęła mu powieka, gdy sędzia odczytywała, jak wyglądały zwłoki jego bliskich. - Nie wiem, kto to mógł zrobić - mówił. Z domu nic nie zginęło, motyw rabunkowy odpadał. A w wyjaśnieniach mężczyzny były nieścisłości - mówił np. o rozmowie z żoną przez telefon. Tej rozmowy nie było. Specjalista badający go na wariografie orzekł, że Zbigniew J. konfabuluje...

Czytaj też: Zatłukł na śmierć swojego kolegę. Sebastian leżał w kałuży krwi

W listopadzie 2011 r. Sąd Okręgowy w Lublinie skazał go na dożywocie. - Jak można tak potraktować niewinnego człowieka. To hańba! – krzyczał wtedy. Rok później Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok. Zbigniew J. może ubiegać się o przedterminowe zwolnienie po 30 latach odsiadki.

Pokój Zbrodni - Wampir z Bytomia

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki