- Śmierć 37-letniej Emilii wstrząsnęła Włodawą (województwo lubelskie). W urokliwym, nadbużańskim miasteczku położonym na styku granic Polski, Ukrainy i Białorusi nie mówi się od kilku dni o niczym innym.
- Ciało Emilii K. znaleziono w rejonie dopływu rzeki Tarasienki do Włodawki. Dlaczego kobieta nie żyje? Kto odpowiada za jej śmierć? Policja i prokuratura wyjaśniają wszystkie okoliczności.
- W sprawie pojawił się poruszający apel brata zmarłej. Więcej o tej tragedii piszemy na se.pl.
Włodawa: 37-letnia Emilia nie żyje. Tragedia na Lubelszczyźnie
O śmierci 37-letniej Emilii z Włodawy pisaliśmy w tym miejscu. Kobieta miała wybiec z samochodu po kłótni z mężem. Dlaczego do niej doszło? Mężczyzna podobno próbował załagodzić konflikt, podobno prosił, żeby wróciła. Tyle tylko, że wrócił potem do domu sam. Ciało kobiety znaleziono po kilku dniach, jakieś 800 metrów od drogi. Jak to zwykle bywa przy takich sprawach, lokalna społeczność jest podzielona. - Zostawił ją na pewną śmierć, morderca - syczą jedni o mężu nieżyjącej kobiety. Wiele osób kojarzy Emilię - naprawdę łatwo zapadała w pamięć. Długonoga (miała 180 cm wzrostu), długowłosa piękność, zawsze uśmiechnięta i żywiołowa. Dobra matka i żona. Niektórzy, choć ich mniej znacznie, twierdzą, że "zbyt żywiołowa i zbyt spontaniczna". - Sama sobie taki los zgotowała - mówią ci właśnie. - Lubiła dobrą zabawę - dodają przyciszonym tonem.
Nieoficjalne ustalenia porażają. Policja ujawnia szczegóły akcji
A podobno - tak wynika z nieoficjalnych ustaleń "Super Expressu" - feralnego dnia, wychodząc z auta, 37-latka miała przy sobie niedopitą butelkę trunku. Tyle tylko, że ani trochę nie tłumaczy to faktu, że tak się stało. 6 stycznia 2026 roku para jechała w kierunku domu we Włodawie. Dochodziła godzina 22, mróz skrzył się na asfalcie drogi pomiędzy wsią Okuninka a Włodawą, sięgając daleko poza 10 kreskę na minusie termometru. Zaczął padać śnieg. Małżonkowie zaczęli się kłócić, auto stanęło w końcu na drodze, gdzieś w okolicy mostu na Włodawce, niedaleko stawów rybnych. Wzburzona kobieta wysiadła z auta, trzasnęły drzwi. Ubrana była jedynie w granatowe spodnie jeansowe, różową bluzę i krótkie czarne kozaki.
37-latka wzięła tylko płócienną torbę w kratę, kurtkę i telefon zostawiła w aucie. Mężczyzna ruszył przed siebie, jednak po kilkuset metrach wrócił. Jak tłumaczył później, próbował namówić żonę do zajęcia miejsca w aucie. Wtedy stała na poboczu, najpewniej chciała złapać okazję. Jej mąż ruszył wtedy do Włodawy, do domu. Nikomu początkowo nie powiedział o tym, przeraził się dopiero rano. Emilii K. nie było w domu.
- O zaginięciu włodawskich policjantów zawiadomiła matka 37-latki. Od chwili zgłoszenia trwały poszukiwania za zaginioną. Policjanci, funkcjonariusze Straży Pożarnej, Straży Granicznej, ochotnicy ze Straży Pożarnej, Poleskie Psy Ratownicze - łącznie ponad 100 osób przeczesywało okolicę. Sprawdzono około 250 hektarów terenu. W poszukiwaniach wykorzystywano między innymi drony, quady i skuter śnieżny - informuje podinsp. Bożena Szymańska z policji we Włodawie.
Niestety, cudu nie było. W niedzielę, w emocjonalnym wpisie w mediach społecznościowych, o porażających wieściach poinformował brat Emilii. - Emilka odnalazła się i nie żyje. Dziękuję z całego serca wszystkim zaangażowanym w pomoc w poszukiwaniach - przekazał mężczyzna na Facebooku.
Brat Emilii prosi tylko o jedno
- W sprawie zaginięcia Emilii - wciąż pojawiają się jakieś dziwne informacje na temat zaginięcia mojej siostry. Postanowiłem że potrzebne jest sprostowanie z oficjalnego źródła. Dodam tylko, że nie wszystkie informacje mogę ujawnić, ponieważ w sprawie toczy się postępowanie - podkreślił brat kobiety.
Wcześniej mężczyzna opisywał sprawę bardzo dokładnie. - Zaginięcie zostało zgłoszone na następny dzień przez moją mamę osobiście na policji około godziny 15. O całej sprawie dowiedzieliśmy się od małżonka Emilii, który to wysadził ja po 22 na drodze 812 do Okuniki koło jeziora Lipiniec 6 stycznia, o godzinie 7:30 w dzień po zaginięciu, to jest 7 stycznia - wyjaśnił.
Ciało Emilii K. znaleziono w rejonie dopływu rzeki Tarasienki do Włodawki. To miejsce pośrodku niczego - puste i bezlitosne dla każdego, kto zapuści się tam bez ubrania w mroźną noc. Jakieś 800 metrów od drogi. Jak było naprawdę i dlaczego kobieta nie żyje? To wyjaśni śledztwo. Już wiadomo, że włodawscy śledczy wszczęli postępowanie przygotowawcze w kierunku art. 160 KK. "Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3." - czytamy w artykule.
- Proszę wszystkich o zachowanie zdrowego rozsądku w wyciąganych przez was wnioskach - zaapelował brat zmarłej. Do sprawy wrócimy w "Super Expressie". Rodzinie i bliskim kobiety składamy wyrazy współczucia.