Paweł Jemielniak znaleziony martwy po miesiącu poszukiwań. Wrak auta stał trzy kilometry dalej. Tajemnicze kulisy

Paweł Jemielniak zaginął w bardzo tajemniczych okolicznościach. Mąż i ojciec wyjechał rano samochodem do pracy, ale nigdy nie dotarł do celu. Kompletnie zniszczony pojazd znaleziono później na drodze, około 15 kilometrów od domu. W środku nie było kierowcy, ani żadnego śladu, który wskazywałby na tragiczny w skutkach finał wypadku. Poszukiwania Pawła trwały długo, a rodzina bała się najgorszego, obwiniając za brak efektów policję. Miesiąc później w miejscu mocno oddalonym od zdarzenia, ktoś natknął się na zwłoki mężczyzny.

Paweł Jemielniak zaginął dokładnie 18 kwietnia 2015 roku. 30-letni mężczyzna, mieszkający na co dzień w Młyńcu, niewielkiej wsi koło Białej Podlaskiej, pożegnał się rano z ciężarną żoną oraz trojgiem dzieci, a następnie wyszedł do pracy. Wsiadł do samochodu tuż przed godziną 7:00, a kilka minut po dziesiątej jego żona dostała SMS-a, że Paweł nie dotarł do pracy. – Napisał do mnie jego szef, że samochód męża stoi gdzieś koło lasu – relacjonowała Paulina Jemielniak w rozmowie z dziennikarzem Rafałem Zalewskim, który w programie „Interwencja” na antenie Polsatu przyglądał się tej sprawie. – Pisał, żeby się nie denerwować i przyjechać na miejsce, jeśli mogę. Po wypadku niewiele zostało z samochodu męża – wspominała kobieta.

Brak świadków i wrak samochodu, bez śladów krwi. Rodzina obarczyła winą policję

Całkowicie zniszczony pojazd stał przy drodze około piętnaście kilometrów od domu. W środku nie znaleziono Pawła, ani nawet jednej kropli krwi, która mogłaby sugerować, że finał zdarzenia okazał się tragiczny. Brat 30-latka mówił przed kamerami, że wyglądało to tak, jakby rozpłynął się w powietrzu, wyparował. – Nie wiem, czy uciekł, czy zginął, czy ktoś go zamordował – zastanawiał się mężczyzna. Auto wyglądało tak, „jakby czołg po nim przejechał”, opisywała jeszcze siostra. Pojazd zauważyli przypadkowi świadkowie, którzy wezwali odpowiednie służby. Komisarz Renata Laszczka-Rusek, ówczesna rzeczniczka prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie, mówiła że zgłoszenie wpłynęło o godzinie 8:27 i dotyczyło ujawnienia uszkodzonego samochodu marki Opel w miejscowości Żelizna. – Wszystko wskazywało na to, że pojazd brał udział w zdarzeniu drogowym, był uszkodzony, ale wewnątrz nie było kierowcy – relacjonowała.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Z ustaleń śledczych wynikało, że mimo obecności wielu osób na miejscu zdarzenia, żadna z nich nie była bezpośrednim świadkiem tego, co stało się na drodze. Przebieg wypadku pozostawał więc nieznany. Policjanci twierdzą, że szybko ustalili właściciela pojazdu i rozpoczęli jego poszukiwania. Odpierają w ten sposób zarzuty, formułowane między innymi przez bliskich zaginionego Pawła, dotyczące zbyt wolnej reakcji na zgłoszenie. - Trudno zarzucać nam opieszałość przy wykonywaniu czynności, skoro pierwsze działania penetracyjne wykonane zostały bezpośrednio po przyjętym zgłoszeniu. Mało zrozumiałym jest także zarzut, że szukaliśmy Pawła Jemielniaka jak kierowcy, który oddalił się z miejsca zdarzenia drogowego, a nie jako osoby zaginionej. Cel prowadzonych działań jest przecież taki sam: odnalezienie człowieka – tłumaczyła komisarz Renata Laszczka-Rusek.

Funkcjonariusze dokonali oględzin pojazdu, zabezpieczyli ślady i wezwali na miejsce przewodnika z psem patrolowo-tropiącym, który miał już na swoim koncie wiele sukcesów, w tym odnalezienie mężczyzny, chcącego odebrać sobie życie na terenie działania komendy policji Wisznice. Wówczas poszukiwanego udało się uratować. Śledczy liczyli na to, że doświadczenie czworonoga i w tej sprawie okaże się nieocenione. Niestety, tak się nie stało. Paweł Jemielniak nie został odnaleziony, a w sieci pojawiły się zarzuty, że pies wcale nie był doświadczony, tylko początkujący w służbie.

Policjanci wyliczają, że działania były prowadzone dwutorowo. - Z jednej strony były to czynności wykonywane w miejscu odnalezienia samochodu, z drugiej zaś sprawdzano miejsca, w których mężczyzna mógł przebywać. Funkcjonariusze nawiązali kontakt z rodziną oraz z osobą, u której 30-latek wykonywał dorywcze prace, sprawdzono też szpitale i stacje pogotowia ratunkowego – wyliczała rzeczniczka prasowa policji. Ponadto przeszukano teren przyległy do miejsca odnalezienia samochodu, a w poszukiwania zaginionego zaangażowali się nie tylko funkcjonariusze, lecz także strażacy, okoliczni mieszkańcy oraz bliscy Pawła. Bez rezultatu.

Miał uderzyć w drzewo, później najechać na skarpę, wybić się autem w powietrze, znów uderzyć w drzewo i wylądować na barierce

W kolejnych dniach mundurowych wspierał specjalistyczny sprzęt i pojazdy, w tym między innymi samolot straży granicznej z obserwatorem. W akcję włączył się też zespół ds. poszukiwań Komendy Głównej Policji, zaopatrzony w drony oraz nadajniki GPS, które zostały użyte do przeszukania powierzchni 360 hektarów trudno dostępnych, podmokłych terenów łąk, bagien i lasów. Wszystko z wynikiem negatywnym. - Każdego dnia w prowadzonych czynnościach poszukiwawczych uczestniczyło średnio 60-70 osób, wśród których byli policjanci, funkcjonariusze straży pożarnej, okoliczni mieszkańcy i rodzina. Niektóre miejsca, zgodnie ze wskazaniami bliskich, którzy sugerowali się informacjami przekazanymi od jasnowidza, były sprawdzane kilkakrotnie – zapewniała wówczas komisarz Renata Laszczka-Rusek. W międzyczasie komunikat o zaginięciu Pawła Jemielniaka obiegł media w całej Polsce, trafił również na strony internetowe kilku komendy policji, oraz na znany i popularny portal Zaginieni.pl.

Czytaj także: Paulina L. z "Top Model" znaleziona martwa w swoim domu. Tajemnicze kulisy zbrodni. Rewolwer i leżący obok mąż

Pani Justyna, siostra poszukiwanego mężczyzny, w programie „Interwencja” opowiadała, że jej brat jadąc samochodem miał według śledczych najpierw uderzyć w drzewo, później najechać na skarpę, wybić się pojazdem w powietrze, uderzyć w kolejne drzewo i dopiero zatrzymać się na barierce. Maska leżała po drugiej stronie ulicy, a podsufitka wyciszająca pracę silnika wisiała na konarach, cztery metry nad jezdnią. To był porażający widok. - Spłaszczony dach świadczy o tym, że samochód musiał dachować. Pedał sprzęgła przemieścił się w kierunku hamulca. Kierowca, który ma nogi ściśnięte między pedałami, mógł mieć je odcięte albo połamane – dodawał brat Pawła. Rodzina 30-latka uważa, że policjanci wbrew zapewnieniom mogli zrobić więcej. Mimo braku śladów krwi czy butów, które mogłyby wskazywać, że doszło do tragedii, albo że mężczyzna oddalił się z miejsca zdarzenia, jeden z funkcjonariuszy miał rzekomo stwierdzić, że „już jest za późno”, jeszcze zanim porządnie zaczął szukać. Komenda Miejska Policji w Białej Podlaskiej kontrowała wówczas, że mundurowy zaprzeczył, jakoby wypowiedział takie słowa. Trudno oczywiście oczekiwać, że by się do tego przyznał, lecz prawdy w tym zakresie raczej nie poznamy.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Tymczasem bliscy byli pełni obaw. Mieli przeczucie, że Pawłowi mogła stać się krzywda, że być może tej krzywdy doznał z rąk innego człowieka. – Policja zrobiła z niego alkoholika, twierdzili, że uciekł pijany – mówili w Polsacie, wyliczając że obwiniano ich za brak zabezpieczenia dostępu do samochodu, choć przecież nie są ekspertami, nie pracują w służbach i nie wiedzą, jak do końca zachować się w tego typu sytuacjach. Zwracali ponadto uwagę na fakt wyrwania radia z auta, a ze schowka pomiędzy siedzeniami zabrano portfel mężczyzny wraz z dokumentami. Wśród drzew znaleziono później jeszcze telefon, bez karty SIM w środku, z baterią i klapką leżącą oddzielnie. Komórka była sucha, mimo że padał deszcz, tak jakby ktoś niedawno ją podrzucił. To potęgowało obawy o udział osób trzecich w zdarzeniu. Za pomoc w odnalezieniu 30-latka wyznaczono nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy złotych, ale nieznani wandale zrywali plakaty informujące o zaginięciu. Dużo dziwnych, niespotykanych zbiegów okoliczności.

- Rozumiemy rozgoryczenie rodziny, która chce się dowiedzieć, co się stało z bliską im osobą – to słowa, pod którymi podpisała się komisarz Renata Laszczka-Rusek. Znalazły się w oficjalnym komunikacie, opublikowanym na stronie policji, kiedy nasiliły się w mediach ataki o niewłaściwe prowadzenie akcji przez mundurowych. - Od samego początku działania prowadzone były w sposób profesjonalny z zaangażowaniem wszystkich możliwych sił i środków, które mogły nas doprowadzić do odnalezienia zaginionego. W dalszym ciągu te czynności trwają. Sprawdzane są wszystkie sygnały mogące pomóc w ustaleniu miejsca pobytu 30-latka – zapewniała rzeczniczka prasowa. - Z reguły w takich przypadkach bliscy usiłują znaleźć kogoś, kogo można byłoby obarczyć winą za całe zdarzenie. W tym przypadku jednak dużym nadużyciem jest zarzucanie niekompetencji policjantom, którzy robili i robią wszystko, by wyjaśnić sprawę – dodawała.

Smutny finał poszukiwań. Paweł Jemielniak nie żyje, sprawa została umorzona

Finał tej historii nastąpił dopiero po miesiącu od zaginięcia. Pod koniec maja 2015 roku przypadkowy świadek, leśnik, natknął się na zwłoki mężczyzny. Znajdowały się aż trzy kilometry od miejsca wypadku, w którym miał rzekomo uczestniczył Paweł Jemielniak. Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała, że doznał obrażeń, które skutkowały jego śmiercią. Pojawiło się wówczas mnóstwo pytań: jak to możliwe, że ciężko ranny 30-latek pokonał pieszo tak duży dystans? Dlaczego pies nie podjął tropu, a wokół terenu nie odnotowano śladów świadczących o przemieszczeniu się zaginionego? I czy faktycznie działania prowadzono prawidłowo, bo szybsze odnalezienie Pawła być może uratowałoby mu życie. Policjanci nie mieli sobie jednak nic do zarzucenia, twierdzili że zrobili wszystko, co w ich mocy, by pomóc 30-latkowi, a ślady mogły zostać zatarte przez trudne warunki atmosferyczne, w tym padający deszcz i podmokły teren, na którym prowadzono działania.

Zobacz również: Sebastianek otrzymał 100 uderzeń i zginął. Matka trzymała syna, ojczym go torturował. Nagrania szokują

Prokuratorskie śledztwo wykazało, że mężczyzna najprawdopodobniej doznał szoku powypadkowego, mógł działać w stanie amoku lub ograniczonej świadomości pod wpływem urazu, dlatego zdołał oddalić się z miejsca wypadku mimo poważnych obrażeń. Wszedł między zarośla, na niepewny grunt, i tam – niestety – zmarł: z powodu odniesionych obrażeń wewnętrznych i wycieńczenia, choć sekcja zwłok nie wykazała bezpośredniej przyczyny zgonu, bo ciało znajdowało się w zbyt daleko posuniętym rozkładzie.

Mimo licznych wątpliwości, prokuratura wykluczyła celowe zabójstwo lub ukrycie ciała przez osoby trzecie. Finalnie, w związku ze śmiercią ofiary, śledztwo zostało więc umorzone.

Sonda
Jak oceniasz polską policję?
Pokój Zbrodni - Paweł Jemielniak

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki