Trzy dożywocia za makabryczną zbrodnię w Chełmie
Kary dożywotniego pozbawienia wolności dla wszystkich oskarżonych, i to w wymiarze zaostrzonym - to w polskich sądach dzieje się niezmiernie rzadko. Kodeks karny określa, że co do zasady skazany na dożywocie może ubiegać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po odbyciu 30 lat kary. Ale oni mogą to zrobić dopiero po 38 latach (Piotr B.), 38 latach (Krzysztof B.) i 41 latach (Tomasz B.), co oznacza, że najpewniej nie wyjdą już zza krat.
- Zachowanie oskarżonych było nieludzkie, bezwzględne, niewytłumaczalne i zabrało dwóm osobom wartość dla człowieka najważniejszą: życie - uzasadniła surowy wyrok sędzia SO Barbara Markowska.
Jakoż i tak było. Do zbrodni doszło 24 marca 2025 roku w mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Narutowicza w Chełmie.
Pili razem wódkę, potem zaczęli katować ofiary
- Celowo przedłużali moment śmierci, czerpiąc patologiczną przyjemność z zadawania cierpienia - napisano później w akcie oskarżenia. Cała trójka była wielokrotnie karana.
Mężczyźni spotkali się feralnego dnia na piciu wódki. Mieli alkohol i miejsce - poszli na „kwadrat” do kolegi, gdzie spotkali swoje ofiary. Wcześniej słyszeli, że starszy z mężczyzn siedział w więzieniu za czyny pedofilskie. Takie były plotki. To wystarczyło, żeby zaczęli go bić. Najbardziej agresywny był Tomasz B.
- Zostawcie go w spokoju - krzyknął w pewnym momencie młodszy, Sylwester G.
Nie chciał patrzeć, jak biją kolegę. Rozjuszeni mordercy zostawili zakrwawionego Henryka K. i rzucili się na niego. Bili taboretem, łamiąc żebra. Obaj pobici stracili przytomność. Ale oprawcom było mało. Na co liczyli, układając z mebli i nieprzytomnych ciał stos, który podpalili? Że nikt się nie dowie? Starszego położyli na spodzie, twarzą do góry. Na niego meble, na których położyli młodszego, twarzą do dołu.
– Widziałem, jak zaczyna się palić, byłem w szoku. Wyszedłem z mieszkania razem z braćmi. W środku zostali ci dwaj. Jeden jeszcze się ruszał – relacjonował Piotr B. w śledztwie.
Ofiary płonęły żywcem. Sprawców zdradził film w telefonie
Sylwester G. zginął na miejscu, jego ciało było niemal całkowicie zwęglone. Ale żył, palił się żywcem, w płucach miał ślady sadzy. Henryk K. zmarł w szpitalu następnego dnia.
Policjanci szybko ich złapali. W telefonie jednego z morderców znaleźli film z utrwaloną na nim sceną kaźni, moment ten zarejestrował także monitoring zamontowany w budynku naprzeciwko. Mimo to oprawcy, zwłaszcza bracia, nie przyznawali się do niczego. Nie składali zeznań, nie przyznawali się do winy. Jeden z nich martwił się o... swoją mamę, pracującą w domu pomocy społecznej. Żądał wyłączenia jawności, żeby mamie nie sprawiać przykrości... Tylko Piotr B. przeprosił. Sąd uznał, że oskarżeni nie są zdolni do resocjalizacji i należy odizolować ich od społeczeństwa.