Oblał Wojciecha rozpuszczalnikiem i podpalił! Potem patrzył, jak umiera. Sąd nie miał litości

2026-06-04 10:00

To nie był żart ani tragiczny wypadek, lecz zaplanowana egzekucja! Kamil P. (31 l.) z Przytoczna na Lubelszczyźnie podczas imprezy polał rozpuszczalnikiem i podpalił Wojciecha M. (26 l.). Potem trzymał godzinami w zamknięciu, nie pozwolił wezwać pomocy i przyglądał się jego cierpieniu. Gdyby pomoc przyszła szybko, lekarze uratowaliby życie mężczyzny. Kilka dni temu usłyszał wyrok. Zamiast 30 lat więzienia, których zażądał prokurator, Sąd Okręgowy uznał, że tylko dożywocie będzie sprawiedliwe.

Cała wieś się go bała. „To wariat”. Kilka miesięcy po wyjściu z więzienia doszło do tragedii

W położonym w powiecie lubartowskim Przytocznie Kamila P. zna niemal każdy. Jak mówią mieszkańcy, nie cieszył się dobrą opinią. Zanim zabił, wiele razy siedział w więzieniu. Przed tragedią, do której doszło w styczniu 2024 roku na wolności był jakieś 3-4 miesiące.

- To wariat - rozkłada ręce spotkany pod sklepem starszy człowiek.

Choć z młodzieńcem dzielą go pokolenia, mężczyzna wie, że Kamil P. pobiłby go, gdyby się na niego krzywo spojrzał. P. przeprowadził się tu kilka lat temu z sąsiedniej gminy. Matka kupiła mieszkanie dla niego w byłym budynku pracowników PGR. Tak, żeby był jak najdalej od niej.

- Pod tym sklepem poważnie poturbował kolegę, zmiażdżył mu nogę drzwiami samochodu - dodaje starszy pan

Dlaczego? Pewnie nie wie tego nawet Kamil P., który rzadko bywa trzeźwy i nie na narkotycznym haju. Feralnego wieczoru zaprosił kilku kolegów do siebie.

- Na kielicha - obwieścił.

„Spoko koleś, nie wiem, czego wszyscy się go czepiają”. Kilka godzin później rozegrał się koszmar

Wśród nich był także Wojciech. Choć urodził się w Przytocznie, Kamila P. znał od niedawna.

- Spoko koleś, nie wiem czego wszyscy się go czepiają - mówił w domu kiedy wychodził na spotkanie.

19 stycznia 2024 roku był mroźnym dniem. Wieczorem zrobiło się jeszcze chłodniej, a mróz głośno chrzęścił pod butami na śniegu. W domu Kamila P. szybko zrobiło się gorąco – nie tylko od alkoholu, który pili uczestnicy spotkania. Kamil P. upatrzył sobie Wojtka jako swoją ofiarę. Zaczął wypominać mu znajomość z dziewczyną, z którą 26-latek nie miał już nic wspólnego.

Wojciech zaczął się go naprawdę bać. Zrozumiał, że jako spokojny, pracujący i dobrze zarabiający mężczyzna (pracował przy budowie przepustów drogowych), planujący w niedalekiej przyszłości ślub z ukochaną, nie ma większych szans w starciu z psychopatą. Udawał, że wszystko jest niewinnym żartem, gdy Kamil P. zaczął uderzać go szufelką. Tymczasem atmosfera w domu stawała się coraz bardziej niebezpieczna. W pewnym momencie napastnik wybiegł na zewnątrz, po chwili wrócił z bańką rozpuszczalnika, oblał Wojtka i podpalił.

- Biegał po dworze i tarzał się w śniegu. Dłuższą chwilę to trwało - opowiada świadek zdarzenia.

Nagranie ujawniło prawdę. Przez kilkanaście godzin nie pozwolił wezwać pomocy

Wszystko zarejestrował monitoring, który który Kamil P. miał zamontowany w swoim domu i na podwórku. Potem przez kilkanaście godzin przetrzymywał kolegę, nie zgadzając się, by ktokolwiek wezwał pogotowie. Wojtek wrócił do domu dopiero następnego dnia po południu.

- Wpadłem w ognisko - zdołał wycedzić.

Tak bardzo bał się swojego oprawcy, że nawet wtedy próbował go chronić. Rodzice nie uwierzyli ani w historię o ognisku, ani w zapewnienia syna, że czuje się dobrze. Zawieźli go do przychodni, skąd śmigłowcem został przetransportowany do specjalistycznego szpitala w Łęcznej.

Przez cały czas pozostawał przytomny i walczył o życie. Najbardziej bolało go jednak to, że jego plany i marzenia nagle legły w gruzach. W szafce w swoim pokoju wciąż trzymał pierścionek zaręczynowy, który chciał wręczyć ukochanej. Ostatecznie przegrał walkę po trzeciej sepsie. Zmarł na początku marca.

- Gdyby pomoc przyszła w ciągu dwóch godzin od powstania obrażeń, pacjent wyszedłby z tego - nie mieli wątpliwości lekarze.

Gdyby tylko Kamil P. nie trzymał go wtedy przez kilkanaście godzin w domu.

Do końca twierdził, że to był „głupi żart”. Sąd nie uwierzył w jego wersję

- Nie chciałem go zabić. Pokłóciliśmy się przy piciu, później się pogodziliśmy. To miał być głupi żart, nie chciałem zrobić mu krzywdy - powiedział oprawca w czasie pierwszej rozprawy.

Prokuratura oskarżyła go o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Kamil P. ani razu nie przeprosił. Na sali sądowej sprawiał wrażenie całkowicie niezainteresowanego przebiegiem procesu. Nie okazywał skruchy, poczucia winy ani refleksji nad tym, co zrobił. Dopiero pod koniec procesu zaczął przepraszać i przekonywać, że nie chciał śmierci Wojtka oraz że jest mu przykro. Niewielu jednak dało temu wiarę. Prokurator domagał się dla niego 30 lat więzienia. Sąd uznał jednak, że kara powinna być jeszcze surowsza.

3 czerwca 2026 roku Sąd Okręgowy wydał wyrok. SSO Andrzej Wach nie uwierzył w tłumaczenia oskarżonego, że jedynie skropił kolegę rozpuszczalnikiem. Uznał, że Kamil P. musiał liczyć się z tym, iż podpalenie człowieka może zakończyć się jego śmiercią. Skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. O przedterminowe zwolnienie będzie mógł starać się dopiero po ukończeniu 56. roku życia. Wyrok nie jest prawomocny.

Rz czy ż? Ó czy u? To największe pułapki w polskiej ortografii
Pytanie 1 z 25
Pióro czy piuro?
DR SUMIŃSKA: ŁUKASZ LITEWKA BYŁ SUPERMENEM

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki