- Do karambolu doszło pod koniec sierpnia. Mazda 49-latka dachowała w przydrożnym rowie.
- Dwa tygodnie po wypadku mężczyzna źle się poczuł. Badania wykazały krwiaka w głowie.
- Matka namawiała syna do leczenia, ale ten nie posłuchał. Zmarł 26 października.
Groźnie wyglądający wypadek. Mazda dachowała w rowie
Jan A. z Radzynia Podlaskiego (woj. lubelskie) pod koniec sierpnia wybrał się swoją Mazdą do powiatu terespolskiego, by odwiedzić brata. Na początku podróży zatrzymał się w Zbuczynie, żeby zabrać kuzynkę. Trasę znał bardzo dobrze, ponieważ często pokonywał podobną drogę.
Dzień był pogodny, a na jezdni panował niewielki ruch. Zajęty rozmową z kuzynką mężczyzna chciał wyprzedzić jadący przed nim samochód. Zajechał jednak drogę kierowcy Volvo, który uderzył w tył Mazdy. Auto Janka wypadło na pobocze i dachowało w przydrożnym rowie. Podobnie zakończyła się jazda trzeciego samochodu uczestniczącego w karambolu.
Dwa tygodnie później źle się poczuł. Wykryto krwiaka
Choć samochody zostały poważnie rozbite, żaden z uczestników nie odniósł obrażeń. Zdarzenie zakwalifikowano więc jako kolizję.
– Dwa tygodnie po dachowaniu syn źle się poczuł. Bolała go głowa, więc udał się na badania. Okazało się, że w głowie ma krwiaka, który wymaga częstej kontroli – opowiada se.pl pani Wanda A. (87 l.), mama Janka.
Matka błagała go o leczenie. Nie posłuchał
Mężczyzna nie zastosował się jednak do zaleceń i przez kolejne dwa miesiące nie zgłosił się do lekarza.
– On jednak to zlekceważył, bo przez dwa miesiące nie pojawił się u lekarza. Błagałam, by zaczął się leczyć, ale nic z tego. Nie słuchał mnie, tylko pracował – wspomina pani Wanda.
26 października kobieta znalazła syna na swoim podwórku. Mężczyzna zasłabł po powrocie z pracy. Niestety, pomoc przyszła za późno. Zmarł jeszcze przed przyjazdem lekarza.
– Sekcja wykazała, że śmierć syna nastąpiła w wyniku wylewu, po urazie. Chociaż kochałam go bardzo, to wiem, że sam jest winien swojej śmierci – mówi przez łzy pani Wanda.