Piknik Ufologiczny w Emilcinie! Upamiętniono niezwykłe wydarzenia sprzed niemal pół wieku
Emilcin to mała wieś położona kilka kilometrów od Opola Lubelskiego, sławna na cały świat z tego, do czego miało tam dojść kilkadziesiąt lat temu. Przypomnijmy: pochmurny, zimny poranek w środę 10 maja 1978 roku nie nastrajał optymistycznie. Jan Wolski (wtedy 71 l.) był już na nogach od kilku godzin, bo poprzedniego dnia wieczorem zaprowadził swoją klacz do ogiera, do sąsiedniej wsi. Wczesnym rankiem zaprzągł klacz do furmanki i wracał do domu drogą przez las i leśne polanki, którą znał jak własną kieszeń. Już z daleka zauważył dwie postaci kręcące się między drzewami. - Myśliwi, albo harcerze – pomyślał bez strachu zbliżając się powoli. Szybko poznał, że to nie oni. Co więcej, nikt, kogo widziałby w całym swoim życiu.
"Zgrabnie tak, sprytnie wskoczyli. Grzeczni byli, to ich nie przeganiałem"
- Małe i drobne, jak Chińczyki – opisywał potem osoby, z którymi przyszło mu się spotkać. Skojarzenie z Azjatami wzięło się z podobieństwa ich twarzy, które miały skośne oczy i wystające kości policzkowe. A że drobni? Choć sam nie należał do olbrzymów, miał ledwie 164 cm wzrostu, to tajemniczy goście byli jeszcze niżsi od niego. Bezceremonialnie wpakowali się na furę i siedli po obu stronach woźnicy. - Zgrabnie tak, sprytnie wskoczyli. Grzeczni byli, to ich nie przeganiałem – na polskiej wsi takie podwózki nieznanych ludzi nie były niczym dziwnym. Poza tym Wolski, jak sam o sobie mówił, miał w sobie „wolną krew”, nie bał się byle czego. Tyle tylko, że te „Chińczyki” miały zielonkawą skórę, a ciało obleczone w czarne kostiumy.."Potworaki“, pomyślał.
Jan Wolski opowiadał, że kosmici zaprosili go do statku kosmicznego. Badali rolnika i próbowali go czymś częstować
- I prędziutko tak mówili. Ta tata tata ta..tak drobniutko, równomiernie, nie za głośno i nie za cicho – wspominał potem Wolski w rozmowach z ufologami z całego świata. Do dzisiaj jego świadectwo jest jednym z najbardziej rzeczowych w swojej kategorii. Czy Jan Wolski przypadkowo natknął się na UFO? Zdaniem ufologów nie ma mowy o przypadku. Tłumaczą, że istoty te miały możliwość przeglądania „czasu zdarzeń”, czyli mówiąc krótko manipulacji czasoprzestrzenią. Zanim spotkały się z Janem Wolskim prawdopodobnie dokładnie obejrzały teren przez kilka godzin przewijając czasoprzestrzeń tak jak my robimy to szybko przewijając film i z powrotem cofając go do początku – czytamy na stronie Emilcin.com.
Mogło tak być, bo „potworaki”, jak przezwał ich Wolski, nie robiły wrażenia zaskoczonych spotkaniem. Rzeczywiście, sytuacja wyglądała tak, jakby czekali właśnie na tego rolnika. Po kilkudziesięciu metrach podróży ufoludki gestami dały do zrozumienia człowiekowi, żeby się zatrzymał. Na leśnej polance, nieopodal brzóz wisiał nad ziemią ich pojazd. - Jak chlebak albo autobus osobowy, biały, jakby przeźroczysty – opisywał latającą maszynę Wolski. Za pomocą „windeczki” dostał się wraz z kosmitami na pokład. W środku było ciemno. Oprócz kilku ławeczek Jan Wolski nie zauważył tam innych sprzętów, nie było centrum sterowania, nie było zegarów, przyrządów, migających lampek. Do dwóch znanych mu już humanoidów dołączyli dwaj inni.
- Kazali mi się rozebrać. Zdjąłem jesionkę, sweter, koszulę, potem spodnie – choć był sam na sam z obcą cywilizacją nie odczuwał strachu. Nawet wtedy, gdy obcy zaczęli go badać przyrządem przypominającym dwa złączone ze sobą talerze. Kiedy już się ubrał, chcieli nawet poczęstować go swoim jedzeniem, mającym wygląd sopla. - I oni, wie pan, tam jedli… Przezroczyste, białe to było. I tamci tak łamali po troszku. Łamali po troszku i jedli. To się ukruszało cicho jak ciasto - takie twardsze. – wspominał. Wolski grzecznie odmówił i potem żałował, że jednak nie spróbował. Na do widzenia zdjął czapkę i powiedział „do widzenia”. Na dole, na ziemi, znalazł się przy pomocy „windeczki”. Czym prędzej wsiadł na furę i wrócił do domu. Jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o przygodzie pana Jana był Bolesław Miotła (+92 l.) , sąsiad. Autor rozmawiał z nim kilkanaście lat temu. Doskonale pamiętał ten majowy poranek.
- Ojciec widział cudotwory – syn Jana wpadł do Miotły, jakby się paliło. W ciągu kilku minut byli już na miejscu. Oprócz połamanych gałązek na brzozach i dziwnego zapachu po kosmitach nie było już śladu. Dla Wolskiego zaczęły się ciężkie dni. W PRL nie było miejsca na takie rewelacje, władze chciały chciały zrobić z niego niezrównoważonego pijaka, któremu przyśniło się coś podczas pijackiej drzemki. - Ale wieś mu uwierzyła. Janek nie pił, nie palił, był poważnym gospodarzem. Bajdliwy nie był w żadnym wypadku – bronił swego nieżyjącego już (Wolski umarł w 1990 roku w wieku 83 lat) kolegi Bolesław Miotła.
Może prawdą jest zdanie, jakie wyryto na upamiętniającym tamte wydarzenia pomniku, który stanął we wsi w 2005 roku:- Prawda nas jeszcze zadziwi... Na pewno zadziwiła ilość osób, które odwiedziły Emilcin w dniach 9-10 maja 2026. - Nie spodziewaliśmy się tego - przyznawali organizatorzy, patrząc jak tłum potężnieje z minuty na minutę. - Wszystko świetnie przygotowane, naprawdę robi wrażenie - Aleksander (35 l.) i Przemek (28 l.) przyjechali z Krakowa, namówili ich znajomi. Choć nie należą do przekonanych w stu procentach o istnieniu obych, to w Emilcinie dobrze się bawili, byli przy tym przygotowani, gdyż na głowach z dumą prezentowali aluminiowe czapeczki. - Trochę zabawy, trochę pokazów i wykładów, wszystkiego w sam raz. Wjazd na teren pikniku mówił wiele: po lewej stronie siedział kukiełkowy Wolski, po drugiej kosmita. Niedaleko zaś wykonany na podstawie wspomnień pana Jana pojazd kosmitów. Była nawet inscenizacja samego wydarzenia. I to jaka! Kosmici na pewno docenili...