- Podczas procesu przestępcy-amanta przesłuchano 200 jego ofiar. Ilu kobiet nie udało się znaleźć, a ile nie zgodziło się zeznawać - tego nie wiadomo.
- Przez lata znakiem rozpoznawczym „Tulipana”, taki przydomek dały mu prostytutki, którymi się „opiekował”, prócz białych butów z czubem, czarnych okularów i pięknej fryzury był dolarowy zapach. Na samym początku pachniał jednak… rybami.
- Co najmniej kilkanaście razy Kalibabka uciekał organom ścigania. Szczegóły opisujemy w tym artykule!
Jerzy Kalibabka zaczął od ryb, ale "chciał żyć"
Kalibabka urodził się w 1956 r. w nadmorskim Dziwnowie, jego ojciec Florian (+40 l.) był rybakiem, właścicielem własnego kutra morskiego i małej przystani. Miał iść w jego ślady: zdjęcie kilkuletniego Jurka trzymającego w rękach dwa wielkie łososie opublikowane w połowie lat 60-tych w "Kurierze Szczecińskim" opatrzono podpisem: "Jerzy Kalibabka, najmłodszy rybak Pomorza Zachodniego". Jednak po śmierci ojca w 1972 r. jego morski zapał minął. - Pływałem na tym kutrze, ale każdego dnia czułem, że się duszę. Były chwile, że chciałem krzyczeć: ja chcę żyć! - wspominał później.
Wiedział, że podoba się kobietom. I pewnej sierpniowej nocy 1977 r. ruszył na podbój świata. A konkretnie restauracji „Bursztynowa“ w Międzyzdrojach, gdzie uwiódł piękną, ale starszą od niego kelnerkę. Po dwóch dniach uciekł z miłosnego gniazdka, zabierając oszczędności i ubranie kobiety. Paradując w jej dżinsach, białej koszuli i chodakach poznał na plaży w Świnoujściu dwie niemieckie turystki, z którymi bawił się przez kilkanaście dni. Za ich niemieckie marki rzecz jasna.
Skrzywdzone kobiety w Szczecinie i Zielonej Górze
Kiedy po kilku miesiącach zawitał do Szczecina, był już doświadczonym podrywaczem. Poznał trzy panie trudniące się najstarszym zawodem świata. One uczyły Kalibabkę wielkomiejskiego sznytu, on zaś próbował handlować walutą. Ale kiedy pobiło go kilku mięśniaków nasłanych przez konkurencję, porzucił to zajęcie. Wolał rozkochiwać i okradać kobiety. - Jestem najprzystojniejszy w tym kraju i nie ma potrzeby, abym niszczył sobie ręce. Tylko chamy i motory pracują - tłumaczył później. Krążył po Polsce, umilając czas starszym najczęściej paniom, ale zawsze majętnym, obiecując wiele i… okradając w dogodnej chwili.
W Zielonej Górze Kalibabka poznał Elżbietę, która jako pracownica salonu jubilerskiego opowiadała mu o pracy jubilera tak sugestywnie, że pan Jerzy wiele razy przedstawiał się potem jako złotnik, w ten sposób zdobywając zaufanie ofiar. Zresztą, bywał także sportowcem, prywatnym przedsiębiorcą, używał co najmniej kilkunastu nazwisk. Z biegiem czasu nastawił celownik na nastoletnie dziewczyny. 16-latce pochodzącej z zamożnej rodziny zrobił dziecko, a kiedy brzemienna stała się ciężarem, pobił ją i porzucił.
"Tymczasowe" narzeczone, kradzieże i ciuchy z Peweksu
Kalibabka nie ustawał w podbojach. Brał np. ze sobą „tymczasową“ narzeczoną i zostawiwszy ją w hotelu ruszał na łowy. Dyskoteki, kawiarnie, pociągi - wszędzie, gdzie można było spotkać naiwną dziewczynę. Potrafił wsiąść do pociągu z jedną, okraść ją w czasie jazdy i wysiąść z drugą, by okraść ją w krótkim czasie. Potrafił wynająć kwaterę prywatną będąc z dziewczyną, rozkochać w sobie nastoletnie córki właścicieli, zbałamucić je i ogołocić pensjonat z pieniędzy, elektroniki, nawet rzeźb i kożuchów. Żył na wysokiej stopie, ubrany w Peweksie, pachnący, z butami na wysokim obcasie, żeby dodać sobie do 175 cm wzrostu.
Był zatrzymywany przez milicję, ale dzięki sprytowi udało mu się co najmniej kilkanaście razy wymykać. Wpadł 5 kwietnia 1982 r. w hotelu w Szczawnicy. Śledztwo trwało ponad rok, wartość łupu, jaki zdobył, wyceniono na co najmniej 15 mln zł, to cena kilku domów jednorodzinnych w tamtym czasie. W Sądzie Rejonowym w Nowym Targu Kalibabka brylował, zadowolony z zainteresowania, jakie wzbudzał. Siedząc za kratami udzielił wywiadu telewizyjnego, pisały do niego nastolatki tytułując „Moim księciem” i ofiarowując swą niewinność. A dwieście innych kobiet zeznawało o tym, co im zrobił. Jerzy oponował tylko wtedy, kiedy chodziło o gwałt. Nie gwałcił. - Całe moje życie było jedną, wielką euforią miłosną - przekonywał, złodziejskie fanty nazywając darami od kochanek.
Wyrok 15 lat więzienia i miliona złotych grzywny (spłacił ją za honorarium z produkcji serialu „Tulipan”, którego był konsultantem) skomentował po latach w swoim stylu: "Gdybym żył w Ameryce, dostałbym 380 lat".
Rodzina, szkoła uwodzenia i śmierć
Pod koniec 1993 r. został zwolniony z odbywania reszty kary więzienia na mocy amnestii i zastał już inną Polskę. Próbował prowadzić kawiarnię, pralnię chemiczną, wreszcie warzywniak w rodzinnym Dziwnowie, gdzie założył rodzinę z Kariną, nastoletnią modelką, którą poznał podczas organizowanych przez siebie pokazów mody. Doczekał się z nią pięciorga potomków. Moda, Jurek, Jacek, Gracja i Karina były ukochanymi pociechami ojca. Wspólnie założyły zespół muzyczny „Kalibabki”, śpiewając przeboje z lat 70. A Jerzy bywał w TV, prowadził szkołę uwodzenia. Zmarł w 2019 r.
Galeria ze zdjęciami: Kalibabka, czyli żniwiarz kobiecych serc