Mieszkańcy zszokowani tragicznym wypadkiem na torach
Przejazd kolejowy leży na granicy Rejowca Fabrycznego i wsi Krasne - położony na prostej drodze widział już w przeszłości ludzką śmierć. W latach osiemdziesiątych w zderzeniu auta z pociągiem zginęli dwaj milicjanci na służbie. Starsi mieszkańcy pamiętają to dokładnie.
- Zmiażdżone auto zatrzymało się na ogrodzeniu mojego podwórka, o tutaj - mieszkający przy samym przejeździe Zbigniew Kwiatuszewski (66 l.) pokazuje miejsce, gdzie znalazł się duży Fiat. Ale to było bardzo dawno, kilkadziesiąt lat temu, tamtego dnia panowała mgła, na przejazd wjeżdżało się z dziurawej drogi właściwie w ciemno.
Dzisiaj, po gruntownym remoncie, to inny świat. Od dwudziestu lat jest bezpiecznie. Kwiatuszewski jako emerytowany pracownik kolei ma o tym pojęcie. - Wprawdzie nie ma zapór, ale są sygnały świetlne i dźwiękowe, a i maszyniści podają swoje sygnały wjeżdżając w okolice drogi.
Co się więc stało? Andrzej L., emerytowany elektryk i znawca gołębi pocztowych (miał podobno piękne stado), był zrównoważonym, dokładnym człowiekiem, jak to elektryk zresztą. Na drodze nie szalał, jeździł zgodnie z przepisami. Najpewniej jechał z domu na targ. - Może się zamyślił, może pojechał na pamięć? - zastanawiają się ludzie. - Albo myślał, że zdąży - dodaje ktoś inny.
W wypadku zginął 70-letni kierowca
Jak informują policjanci, do tragedii doszło przed godziną 6:00. - Ze wstępnych ustaleń wynika, że kierujący Volkswagenem 70-letni mężczyzna nie zachował należytej ostrożności i wjechał wprost pod nadjeżdżający pociąg - opowiada mł. asp. Angelika Głąb-Kunysz. Na miejscu niemal natychmiast zjawiły się służby, lądował śmigłowiec pogotowia ratunkowego. Na próżno. - Kierowca poniósł śmierć na miejscu. Policjanci pod nadzorem prokuratora prowadzą czynności mające na celu wyjaśnienie dokładnych okoliczności tego tragicznego zdarzenia.
52-letni maszynista pociągu nie miał najmniejszych szans uniknąć zderzenia. Wiózł do Lublina około 50 pasażerów, był trzeźwy. Po uderzeniu pchał przed sobą auto przez jakieś 150 metrów, spychając je z torów. Zatrzymał się dopiero po kilkuset metrach. Kiedy po południu holowano go w stronę Chełma, na elektrowozie prawie nic nie było widać. Jedynie niewielkie zagięcie na rogu kabiny. Z Volkswagena nic nie zostało.