10-letni Mateusz Żukowski bawił się z kolegami, wrócili bez niego. Dziecko zniknęło bez śladu

2026-05-20 9:22

10-letni Mateusz Żukowski obiecał ojcu, że pobawi się w parku z kolegami tylko przez chwilę, a później szybko wróci do domu. Tego dnia było strasznie gorąco, więc pan Andrzej wrócił z synem wcześniej ze wspólnego wędkowania. Mieli tam jeszcze wrócić, gdy słońce nieco osłabnie. Kiedy jednak nadszedł czas wyjazdu, tata nie mógł nigdzie odnaleźć swojego syna. Uznał, że Mateusz nadal bawi się z kolegami. Nie chciał mu przeszkadzać, więc pojechał sam. Już nigdy nie zobaczył swojego ukochanego dziecka. Mateusz Żukowski do dziś uznawany jest za osobę zaginioną. Poznajcie szczegóły tej wstrząsające sprawy.

Mateusz Żukowski z Ujazdowa pod Zamościem zaginął dokładnie 26 maja 2007 roku. Miał wówczas 10 lat. Andrzej Żukowski, ojciec chłopca, w rozmowie z Januszem Szostakiem na łamach książki pt. „Urwane ślady” wspominał, że to stało się w Dzień Matki. - Było wtedy bardzo gorąco. Pojechaliśmy z Mateuszkiem na ryby – opowiadał mężczyzna. Wysoka temperatura szybko dała im się we znaki. Do tego stopnia, że postanowili wrócić nieco wcześniej, około godziny 14:30. Pan Andrzej narzekał, że od tego upału rozbolała go głowa, więc pozwolił Mateuszowi pograć na komputerze, a on sam położył się na kanapie. Zaplanowali, że jeszcze wrócą nad wodę, gdy słońce nieco osłabnie, ale chłopiec chciał udać się do pobliskiego parku, by pobawić się z kolegami. - Obiecał, że niedługo wróci, aby pojechać ze mną na te ryby – wspominał pan Andrzej.

Ostatecznie mężczyzna sam udał się na wędkowanie, ponieważ kiedy nadszedł czas wyjazdu, 10-latka nigdzie nie było. - Pewnie bawi się jeszcze z kolegami, nie będę mu przeszkadzał – pomyślał mężczyzna i ruszył w drogę. Nie był zdziwiony zachowaniem syna, nie widział w tym niczego niepokojącego. Śmiał się, że to normalne, że zabawa z przyjaciółmi jest ciekawsza niż wędkowanie z ojcem. Gdy jednak wrócił do domu, około godziny 21:00, dowiedział się od żony, że Mateusza nadal nie ma. Matka była pewna, że chłopiec pojechał nad wodę z tatą, bo ona odsypiała po nocnej zmianie w pracy. Nie dogadali się. Syn nie zdążył jej nawet złożyć życzeń z okazji dnia mamy.

Koledzy Mateusza "coś kręcili". Rodzina od początku sądziła, że wiedzą więcej niż mówią. Ale nikt nie drążył tematu

- Zaczęliśmy szukać u sąsiadów, ale nie było go u nikogo w pobliżu. Wobec tego pojechałem do kolegów, z którymi syn się bawił – relacjonował Andrzej Żukowski. Tam Mateusza także nie było. 9-letni Dawid i 10-letni Sebastian, bracia, zachowywali się podejrzanie, tak jakby coś ukrywali.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

- Byli ubrudzeni błotem, wyraźnie coś kręcili, jakby nie chcieli powiedzieć całej prawdy. Podali mi kilka sprzecznych wersji. W pewnym momencie ich dziadek powiedział, że Mateusz poszedł do Tarnogóry. U nas to oznacza, że poszedł z prądem w stronę miejscowości Tarnogóra, że się utopił. To dlaczego nie przyszli powiadomić nas o tym, dlaczego nie wezwali policji, tylko siedzieli w domu? - pytał zdenerwowany mężczyzna na łamach książki „Urwane ślady”.

Rodzina 10-latka natychmiast zawiadomiła o wszystkim policję. Ruszyły działania poszukiwawcze, w które zaangażowano policjantów, nurków, detektywów, w końcu wróżki i jasnowidzów. Za informację na temat zaginionego chłopca oferowano też nagrodę: 100 tysięcy euro, która w tamtych czasach przez wielu była postrzegana raczej jako wabik, wymysł, a nie coś realnego. Mimo upływu wielu lat, wciąż nie wiadomo, co stało się z Mateuszem.

- Czy 10-latek padł ofiarą pedofilów? Czy został brutalnie zgwałcony i żywcem pogrzebany, a jego rzekome utonięcie upozorowano? A może zamurowano go w fundamentach pałacu? Moje dziennikarskie śledztwo w tej sprawie daleko odbiega od ustaleń prokuratury, która stwierdziła tylko tyle, że Mateusz zaginął. To mało jak na kilkanaście lat śledztwa – pisał po latach śp. dziennikarz Janusz Szostak, który badał tę sprawę. Bezskutecznie.

Udało mu się za to ustalić, że historia 10-latka uaktywnia co pewien czas różnego rodzaju szarlatanów i oszustów, którzy próbują żerować na ojcu zaginionego chłopca. W lutym 2019 roku Andrzej Żukowski otrzymał kilka nagrań audio i wideo, na których młody mężczyzna w kominiarce groził mu. - Dajesz mi 500 tysięcy i widzisz syna, inaczej zostanie zamordowany. Masz przyjechać z kasą, bo inaczej twój syn zginie. Jutro dawaj pieniądze – mówił jeden z oszustów. Okazał się nim później Arkadiusz H. z Rzeszowa, który został zatrzymany przez policję. Tłumaczył się, że to tylko głupi żart, a on nic nie wie o losach Mateusza Żukowskiego.

Ślad urywa się na brzegu rzeki Wieprz. Czy Mateusz utonął? Zostały tylko jego ubrania. "On bał się wody, nie wszedłby do niej"

A jakie są oficjalne ustalenia śledczych? Wynika z nich, że policyjny pies podjął pewien ślad i poprowadził ekipę na brzeg rzeki Wieprz, gdzie w wysokich pokrzywach odnaleziono zwinięte w rulon ubrania Mateusza. Mundurowi założyli, że 10-latek wszedł do rzeki i porwał go nurt, że utonął w wyniku nieszczęśliwego wypadku. W tę wersję nigdy nie uwierzył jego ojciec. - To niemożliwe, by z własnej woli wszedł do rzeki. On obsesyjnie bał się wody. Nawet gdy byliśmy na rybach, zawsze trzymał się blisko mnie, nigdy nie wchodził do wody – mówił Andrzej Żukowski.

Czytaj także:  Policjantka Sylwia wywiozła syna do lasu i zastrzeliła go z broni służbowej. "Kochała Wiktorka"

Mimo złożonych przez niego zeznań, funkcjonariusze przyjęli, że hipoteza o utonięciu dziecka jest najbardziej prawdopodobna. Wskazywano, że rzeka Wieprz pochłonęła w przeszłości wiele ofiar. Ale na dnie, które płetwonurkowie przeczesywali aż 17 razy, w obie strony po dwadzieścia kilometrów, nigdy nie odnaleziono ciała Mateusza. Zastosowano echosondy, kamery termowizyjne, a nawet specjalny sonar – i nic. Nie pomogło zaangażowanie strażaków, policjantów, wojewody lubelskiego, starosty zamojskiego, wójta gminy Nielisz, a później również dwóch detektywów, kilku jasnowidzów i wróżek. Każdy trop prowadził donikąd.

W aktach sprawy szczególną uwagę wzbudza jeszcze tajemniczy wędkarz, który przyjechał na ryby aż z Zamościa, ale na miejscu przebywał tylko przez godzinę. To wydawało się podejrzane, bo przecież każdy wędkarz, który wybiera się gdzieś dalej na ryby, raczej oddaje się ulubionej czynności co najmniej przez kilka godzin. Mężczyzna twierdzi jednak, że nikogo nie widział, choć na przestrzeni lat spekulowano, że być może świadek wie więcej, niż mówi.

Jednocześnie niemal pewne stało się to, że Mateusz Żukowski nie utopił się we wspomnianej rzece, skoro na przestrzeni tylu lat wciąż nie natrafiono na jego ciało. Gdyby tak było, zostałoby odnalezione lub wypłynęło na powierzchnię. Nie mogło natomiast przedostać się nigdzie dalej, gdyż pomiędzy Tarnogórą a Zamościem rzekę Wieprz przegradzają kraty, na których zatrzymałyby się ewentualne zwłoki dziecka. Ale czy można wierzyć, że Mateusz nadal żyje?

- Trudno powiedzieć. Kiedyś zgłosiła się do mnie Ewelina H. z Niemiec, która powiedziała, że Mateusza adoptowała niemiecka sędzina. Ta kobieta twierdziła, że chce nam pomóc, długo utrzymywała z nami kontakt, ale potem nagle go zerwała. Chciałbym, aby Mateuszek żył, ale raczej szukam już ciała – mówił Andrzej Żukowski, ojciec chłopca.

Rozczarowujące działania policji. Tata Mateusza ma duży żal do służb. "Zbyt słabe przesłuchanie"

Mężczyzna nie kryje rozczarowania działaniami policji, choć Prokuratura Rejonowa w Zamościu zapewnia, że informowała go o prowadzonym śledztwie, a także o możliwości dostępu do akt sprawy. Pan Andrzej zrobił to za namową wspomnianego dziennikarza, Janusza Szostaka. Wertował ponad tysiąc zdjęć akt w poszukiwaniu odpowiedzi na wiele dręczących go pytań i niedomówień. Wśród wniosków pojawia się ten mówiący o zbyt słabym przesłuchaniu kolegów jego syna. Chłopcy, w ocenie ojca Mateusza, konfabulowali.

Zobacz również:  Ojciec zadał Dawidkowi 11 ciosów nożem. 5-letni chłopiec miał zmasakrowane serduszko. "Nie zobaczysz syna"

Ale prokuratura uznała, że zeznania małoletnich są wiarygodne, co potwierdzali też obecni podczas przesłuchania biegli psychologowie. Wnioski zapisano w oficjalnej dokumentacji.

„Ponownie zostali przesłuchani po osiągnięciu odpowiedniego wieku, ich relacje są nadal zbieżne i tożsame z uprzednio złożonymi zeznaniami. Nie wiedzą, co stało się z Mateuszem, albowiem z ich zeznań wynika, iż rozstali się z nim przy jego domu i później już go nie widzieli. Przesłuchano też w charakterze świadków ich rodziców oraz dziadka. Wszyscy świadkowie zeznawali zbieżnie, logicznie i konsekwentnie. Co więcej, w ramach czynności poszukiwawczych zbadano ich przy użyciu wariografu, który nie zanotował żadnych objawów świadczących o związku wyżej wymienionych świadków ze zdarzeniem” – zacytowano w książce „Urwane ślady”.

W przypadku nieletnich chłopców wariografu jednak nie zastosowano, mimo próśb Andrzeja Żukowskiego. - Nawet mnie i moją rodzinę wzięli na wykrywacz kłamstw, gdyż na początku podejrzewali, że mamy coś wspólnego z zaginięciem Mateusza – ubolewał mężczyzna.

Wersja prokuratury? Koledzy odprowadzili 10-latka nieopodal jego domu, w godzinach wieczornych, a następnie się rozstali. Wtedy Mateusz miał zawrócić i pójść sam nad rzekę, by w niej popływać, co w efekcie doprowadziło do jego utonięcia. To brzmi dość absurdalnie, tym bardziej, że bracia zmieniali zeznania aż trzykrotnie. Wcześniej mówili, że do domu wrócili około 16:30, że rozstali się nad rzeką. Potem, że pożegnali się w parku, a jeszcze innym razem, że Mateusz poszedł do jakiegoś innego kolegi.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Zdaniem taty zaginionego 10-latka, śledztwo od początku prowadzono nieudolnie i nierzetelnie. W mediach wiele razy wyliczał błędy prokuratury czy policjantów: nie przesłuchano wszystkich świadków, zgubiono próbki badań DNA z ubrań Mateusza, nie sprawdzono tajemniczej kości, którą ojciec dziecka wykopał w parku nieopodal dworu w Ujazdowie. - Na samym początku osoby, które brały udział w poszukiwaniach i prowadziły śledztwo, skupiły się wyłącznie na kwestii utonięcia Mateusza Żukowskiego, pomijając przy tym szereg innych wątków, bądź je marginalizując. Wadliwie zabezpieczono dowody, co wpłynęło na dalszy tok postępowania, oraz przesłuchano świadków tylko w kierunku utonięcia Mateusza – wyliczał adwokat Patryk Czyżkowski.

Prokuratura broni się przed zarzutami. Twierdzi, że sprawdzono wszystkie istotne wątki w tej sprawie. Ale efektów brak

Prokuratura w odpowiedzi na te zarzuty wyjaśniała, że wszystkie wątki były sprawdzane zgodnie z procedurami, a w sprawie odnalezionej kości biegły z zakresu medycyny sądowej wykonał oględziny, zgodnie z którymi miała mieć ona pochodzenie zwierzęce i przebywała w ziemi co najmniej od 30 lat, więc badania DNA nie były konieczne.

Czytaj również:  14-latek zabił macochę! Rozszarpał jej szyję nożem, dobijał młotkiem. Na widok 2-letniej siostry osłupiał

Mimo tych wszystkich nieścisłości, ostatecznie Prokuratura Rejonowa w Zamościu postanowiła wszcząć śledztwo w kierunku morderstwa Mateusza Żukowskiego. Stało się to po wielu latach od jego zaginięcia, w 2015 roku, na wniosek pełnomocnika rodziców chłopca. Niedługo później sprawę umorzono z uwagi na brak wykrycia ciała czy ewentualnego sprawcy. Uznano, że nie da się uprawdopodobnić zabójstwa chłopca, więc postępowanie zakończono. Z drugiej strony takiej wersji zdarzeń nie wykluczono też całkowicie: prokuratura przyznaje, że nie ma właściwie żadnych niezbitych dowodów na poparcie którejkolwiek z zakładanych hipotez.

- Były rozmaite wersje śledcze: od nieszczęśliwego wypadku po zabójstwo. Wersje te nie mogą jednak podlegać weryfikacji z uwagi na fakt, że nie odnaleziono kluczowego dowodu, a więc ciała pokrzywdzonego. Postępowanie zostało zatem umorzone wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa – podawała prokuratura, która zarzeka się, że zrobiła wszystko, by wyjaśnić okoliczności zaginięcia Mateusza, a śledczy sprawdzali każdy, nawet najmniej prawdopodobny trop. Nic nie przyniosło rezultatu.

Jasnowidzowie i wróżki wskazują na zabójstwo z motywem seksualnym w tle, ale trudno brać na poważnie wizje i sny jako dowody w sprawie, bez żadnych konkretów. Tajemniczy mężczyzna, który miał wykorzystać i zabić Mateusza, pojawiający się w tych przepowiedniach, miał zostać rzekomo zauważony także przez naocznego świadka. Mieszkaniec wioski wskazywał, że dawał chłopcom różne prezenty, nagradzał ich, czym sami się chwalili, ale nie wiadomo za co. Prokuratura w Zamościu zbadała ten wątek. Podejrzany został zatrzymany i przesłuchany.

- Przyznał, że zna rodzinę zaginionego chłopca, która mieszkała po sąsiedzku, kojarzy z widzenia ich dzieci, bo chodziły na ryby przez posesję jego ojca. W czasie zaginięcia Mateusza mężczyzna nie mieszkał już w Ujazdowie, w aktach sprawy brak jest informacji na temat relacji tego świadka z miejscowymi dziećmi – dementował ówczesny prokurator, Bartosz Wójcik.

Śledztwo Janusza Szostaka. Dziennikarz próbował dociec prawdy, lecz nawet jemu się to nie udało

Dziennikarz Janusz Szostak twierdził, że brak tych informacji jest spowodowany faktem, że nikt o tego mężczyznę wśród lokalnej społeczności nie zapytał. On sam go odnalazł: w miejscowości kilkaset kilometrów od Ujazdowa. Pracownik samorządowy, wysoko postawiony, z ustabilizowaną sytuacją zawodową i rodzinną. Odpowiadał na pytania Szostaka ze spokojem, mówił że znał Mateusza i jego kolegów, bo mieszkali obok, ale „to nie była żadna przyjaźń”. - Do domu ich nie zapraszałem – zarzekał się. Dziennikarz w książce „Urwane ślady” sugerował, że podejrzany zachowywał się dziwnie, nienaturalne, jakby wiedział więcej, ale nie chciał powiedzieć. Po nieco ostrzejszej wymianie zdań, panowie rozeszli się w swoje strony. Jedna z teorii zakłada, że ciało Mateusza mogło zostać zamurowane w fundamentach popularnego obiektu w Ujazdowie. Prokuratura nie wyraziła zgody na jego rozbiórkę. Wątek już nie wrócił.

Zobacz także:  Oddała noworodka, zmieniła zdanie. Po odzyskaniu syna, Wiesława go udusiła. "Wierzgał, płakał i przestał"

- Najprawdopodobniej mógł to być wypadek, w którym Mateusz stracił życie, a śledztwo mogło zostać skierowane na inny tor. Ktoś mógł podłożyć jego ubrania nad rzeką. Mogła być też taka sytuacja, że doszło do wypadku podczas prowadzonej inwestycji. W bezpośredniej bliskości jest obiekt, gdzie była budowa, młodzi ludzie mogli wejść na jakieś konstrukcje czy rusztowania i stamtąd chłopiec mógł spaść i coś sobie zrobić. Ci ludzie mogli sfingować jego rzekome utonięcie – przypuszczał po analizie materiałów Maciej Rokus, szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP i biegły przy Sądzie Okręgowym w Katowicach

Pan Andrzej Żukowski do dziś wierzy, że kiedyś pozna prawdę o tym, co spotkało jego syna. Co jakiś czas wraca do Ujazdowa, by zapalić znicz dla Mateusza, choć nadal nie wie, gdzie powinien go postawić. Wybiera różne miejsca. Jest też bardzo aktywny w mediach społecznościowych, nagrywa nawet filmiki na TikToka, gdzie pokazuje między innymi progresję wiekową, przygotowaną przez śledczych. Przedstawia ona, jak dziś – lub przynajmniej po latach od zaginięcia – mógłby wyglądać Mateusz Żukowski. Na razie nikt się nie zgłosił, ale nadzieja umiera ostatnia.

- Wpadliśmy w potężne długi, z których nie sposób teraz wyjść. Pieniądze pobraliśmy na poszukiwania synka. Teraz nie mamy z czego ich spłacać. Nasz dom został wystawiony na licytację przez komornika. A ja od lat choruję na nadciśnienie i cukrzycę, jestem po dwóch operacjach, odebrano mi rentę – wyliczał ponurą rzeczywistość w mediach.

Długi, problemy finansowe, rozpad rodziny. Zaginięcie Mateusza wywróciło ich życie do góry nogami

Po zaginięciu Mateusza, rodzinę spotkała jeszcze jedna tragedia. Sąd wyznaczył im kuratora, który ocenił, że sytuacja materialna Żukowskich uległa znacznemu pogorszeniu, więc dwójka pozostałych dzieci została im odebrana i trafiła do domu dziecka. Kolejne przekazano natomiast do rodziny zastępczej. - Straciliśmy Mateuszka i jeszcze trójkę dzieci zaraz nam zabrali. Nikt nie pomaga ludziom w takiej sytuacji jak nasza. Zostawiono nas samych z tą tragedią. Bez żadnej pomocy. Nie mieliśmy nawet żadnego wsparcia psychologa, a powinniśmy. Za to ja dla innych oddałem honorowo 50 litrów krwi i dostałem srebrny krzyż Zasłużony dla Zdrowia Narodu – mówił w 2019 roku Andrzej Żukowski. Wówczas z rodzicami została tylko najmłodsza córka. Mężczyzna niedługo później rozstał się z żoną, która wyjechała za granicę i przebywała głównie we Włoszech.

- Miałem rodzinę i ją straciłem. Obawiam się też, że nigdy nie dowiem się, co spotkało Mateusza – wyznawał gorzko pan Andrzej. W programie „Uwaga! TVN” dziennikarka Dorota Czerwińska, która badała tę sprawę, mówi wprost, że tata szuka swojego dziecka całym sobą. - Wielokrotnie widziałam, że płacze. Szczególnie w takich momentach, kiedy wspomina się Mateusza. Ciągłe poszukiwania, zagadka, gdzie jest ciało, doprowadziły go do takiego stanu, jaki obecnie widzimy. Pan Andrzej jest człowiekiem niezwykle pokrzywdzonym przez los, człowiekiem, który pogubił się w tym świecie. Człowiekiem, który padł ofiarą wielu nieuczciwych osób – wyliczała.

Serwis Gazeta.pl niedawno opisywał, że Andrzej Żukowski w krytycznym momencie żył na skraju ubóstwa, przez choroby nie był w stanie podjąć żadnej pracy, przeszedł udar oraz zawał. Funkcjonował pod naciskiem niewyobrażalnego stresu, spowodowanego utratą dziecka i niewiedzą na temat jego losu. W wywiadach podkreśla, że chciałby choć odrobinę zrozumienia od ludzi.

Mateusz Żukowski wciąż oficjalnie uznawany jest za osobę zaginioną. Jeśli posiadasz jakiekolwiek informacje na temat tego, gdzie może się znajdować, albo co mu się przytrafiło, niezwłocznie skontaktuj się z najbliższą jednostką policji.

Sonda
Czy odpowiadasz na apele o pomoc w poszukiwaniach?
Pokój Zbrodni - Śledził i zabił nauczycielkę

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki